Antonina Szymitowska

Być może czytaliście pierwszą część mojego subiektywnego rankingu książek, gdzie prezentowałam Wam tytuły, które pozytywnie mnie zaskoczyły i których czytanie sprawiło mi niebywałą radość. Nadszedł czas na ranking z drugiego "bieguna", a mianowicie na te książki, które okazały się, wg mnie, tak złe, że chciałabym móc cofnąć czas i spożytkować go w inny sposób (a to myjąc okna, a to robiąc porządki w szafie. Obu tych czynności szczerze nie znoszę). Pocieszającym jest fakt, że w rankingu książek "złych" nie znalazła się żadna, którą początkowo brałam za nadającą się do rankingu #1. To po prostu książki, które chciałam przeczytać, ale nie wiązałam z nimi jakichś wielkich nadziei, znacie to na pewno.
Jak i poprzednio, kolejność, w której je wypisałam, jest przypadkowa. Zaczynajmy!

#1 A. Alkon "Dobre maniery dla miłych ludzi, którzy czasem mówią k***a"
Wg autorki tego „poradnika” do dobrych manier zaliczyć możemy fotografowanie kogoś, kto robi coś niechwalebnego (np. nie sprząta kupy swojego psa), i wrzucanie tych zdjęć do mediów społecznościowych bądź wywieszanie wydruków w okolicy. Och, doprawdy..? Ta "świetna rada" (jedna z wielu w tej książczynie), ma zasilać szeregi "dobrych manier?". Ja dziękuję. I nie do końca podoba mi się snobistyczna postawa autorki, w stylu "znam tego sławnego aktora, a z tamtą piękną kobietą rozmawiałam. Och, obracam się w wyższych sferach!". Bleh!


#2 H. Morris "Tatuażysta z Auschwitz"
Zdecydowanie przereklamowana powieść. Lubię historie oparte na faktach, gdy "zło" spotyka "dobro" i w pewnym stopniu "złem" być przestaje. Gdy ludzie z niejako dwóch różnych światów, wrogowie nawet, zaczynają czuć do siebie sympatię i wynika z tego coś pozytywnego. Bardzo to ciekawe socjologicznie i daje nadzieję na lepszą przyszłość. W powieści H. Morris za dużo jest jednak lukru; love story z masowym mordem w tle, ale tak przedstawione, że okrucieństwa obozowego niemal nie widać. To niezwykle inspirująca historia, ale gdyby opisać ją normalnie – z Auschwitz i stworzonym przez nazistów horrorem w jednej z ról głównych – bo przecież to właśnie to miejsce, te okoliczności sprawiają, że historia miłości (?) esesmana i więźniarki żydowskiego pochodzenia stała się niezwykła. A tak, powstało tandetne romansidło.
okładka książki
#3 H. Fields "Perfekcyjna śmierć"

Porażka związana z tą lekturą polega na tym, że w chwili, gdy piszę te słowa (dokładnie 2 miesiące po przeczytaniu wzmiankowanej książki), kompletnie nie pamiętam nic z fabuły... Zero, null, nada, ¡completamente nada! Oznacza to li tylko, że obiecany kryminał z kryminałem niewiele musiał mieć wspólnego. Jedyne, co pamiętam, to haniebne błędy korektorek. Bo jak inaczej, niż haniebnym, nazwać puszczenie do druku "chałasu"? Albo innych, powtarzających się niebezpiecznie często, literówek w stylu "wrzućmy w jedno słowo inne słowo". Dwie korektorki i takie błędy... Komuś też bardzo doskwierały, bo długopisem je oznaczył. (W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć inny błąd - jeden z wielu, ale jakże rażący! - z książki Victorii Jenkins "Dziewczyny w wodzie", wydanej również przez Amber, i również przepuszczony przez dwie korektorki. Nie wiem czy to ten sam duet, ale jeśli tak, to drogi wydawco, jeśli jakimś cudem dotrą do ciebie moje słowa, proszę, pozwól paniom odpocząć na długim urlopie, nabrać sił do dalszej pracy po powrocie. Bo gdy po raz trzeci natrafiam na potworka "Panie nadinspektoru", ból oczu staje się nie do wytrzymania. Tej książki nie dokończyłam, zgadniecie dlaczego?)

okładka książki#4 A. Kurek "Szczęśliwy jak łosoś. O Norwegii i Norwegach"
Zdaję sobie sprawę, że niewdzięcznym jest pisanie o kraju i obywatelach jako ogóle. Niewdzięcznym, ponieważ ludzie są różni, a to, co bierzemy za pewnik, pewnikiem wcale być nie musi; to, co wydaje się być tradycją, również tradycją nie dla wszystkich jest. I jak tu napisać nie tylko ciekawą, ale i dobrą książkę? Z przymrużeniem oka traktuję tego typu pozycje, bo dużo w nich powielania kalek. Anna Kurek, autorka "przewodnika" po Norwegii i Norwegach nie udźwignęła tematu. Zachwyca się (na przykład) aktywnością zewnętrzną Norwegów, uprawianą niezależnie od pogody, jako taką typowo norweską "tradycją", nieznaną nigdzie indziej. A przecież i w Polsce spotkać można rzeszę miłośników biegania czy jazdy rowerem w deszczu i śniegu. Ten widok już raczej nikogo nie szokuje, w bardzo wielu krajach ;) Książka jest dziwna, powiedziałabym "szybka" – tu parę słów o ekonomii, tu trochę o jedzeniu, za chwilę o edukacji. Malutko i powierzchownie, jedynie się po tych tematach prześlizgujemy, a co więcej – wszystko wydaje się być jedynie opinią obserwatorki, nie znawczyni tematu – czego nie wie, to sobie zinterpretuje. Bo jak inaczej rozumieć fakt, iż przytaczanym kilkukrotnie "potwierdzeniem" czegoś rzekomo dla Norwegów typowego jest to, iż norweska współlokatorka autorki, właśnie tak robiła? Zachowanie jednostki potwierdzeniem zwyczajów ogółu... Na minus zaliczam również ubogi zbiór zdjęć autorstwa Anny Kurek. Fotografie ogólnodostępne w Internecie, bezpłatne, zamieszczone w książce? Nie tego oczekiwałam.
okładka książki
#5 G. Bailly "Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza"

Że też dałam się nabrać na te pełne pochlebstw słówka i tę cudną okładkę...! Taki to niby bestseller, taki to niby czarny humor i niesłychanie oryginalne anegdotki z życia grabarzy... Nie, nie, nie! Moje nadzieje zostały pogrzebane... <sic!> Z obiecanych historyjek rozbawiły mnie ze cztery, głównie te z nagimi nieboszczykami w rolach głównych, którym dość niefartownie przytrafiło się zejście w chwili zażywania przyjemności - a to z mężem (mało oryginalnie, ale zabawne, że ów mąż się nie zorientował :D), z gumową lalką oblaną obficie lubrykantem czy z samym sobą, w fikuśnych damskich fatałaszkach (smaczku dodaje fakt, iż mowa o panu :D). Bawią mnie takie absurdalne sytuacje i przy ich lekturze zaśmiewałam się w głos (podoba mi się zboczenie zawodowe grabarzy gdy, już po godzinach, z przyzwyczajenia, mierzą ludzi "swoją miarą" - tj. osoby otyłe automatycznie przypisują do konkretnych rozmiarów trumien. Warto dodać, iż ludzie poddawani „pomiarom” wciąż są żywi ;) ). Niestety to jedyne, co mnie rozśmieszyło w „Nekrosytuacjach”. Pozostałe historie są nijakie, opisane bez życia <sic!>, przeciągnięte niemiłosierniei, przez co pointa kompletnie zanika. Parę historii było smutnych i zmuszających do refleksji, jak choćby ta o mężczyźnie, który dokonał samospalenia, a które nie do końca wyszło mu tak, jak zamierzał...


#6 M. Zaremba "Wzmocnij jelita! Wygraj z lękiem i depresją, przestań zajadać stres"
Po wzmiankowaną książkę sięgnęłam z nadzieją otrzymania merytorycznych rad na obiecane w tytule wzmocnienie jelit (na pokonanie lęków i depresji jedzeniem nie liczyłam, w tej kwestii jestem zwolenniczką "szkiełka i oka", jednak zdrowe jedzenie na pewno może pomóc poczuć się lepiej, coś o tym wiem). Już sam wstęp do książki mnie zszokował, ponieważ autor zamieścił cytat biblijny, dla mnie kompletnie niepotrzebny w tym miejscu. Postanowiłam jednak dać panu Zarembie szansę, bo kimże jestem by już od progu gospodarza zwyzywać? ;) Biedna ja, nie wiedziałam, co czynię! Im dalej "w kartki", tym gorzej. Chciałam czytać o jelitach, a tu Biblia niemal! Dobrnęłam do dwudziestej piątej strony i stwierdziłam, że na tym zakończę. Nie czas i nie miejsce na takie teksty. Autorze! To, że ktoś ma problemy zdrowotne, nie jest, jak sugerujesz, wynikiem tego, iż nie uczestniczy co niedzielę w Mszy! Wspomniana dwudziesta piąta strona oklejona została przeze mnie dwudziestą trzecią żółtą karteczką, którą znaczyłam religijne wywody samozwańczego misjonarza. Dwadzieścia trzy dłuższe bądź krótsze wzmianki i cytaty o Bogu, uzdrawiającej sile wiary i chrześcijańskim Objawieniu w książce o jelitach! To nie na moje siły, nie na moje zdrowie. Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej, że pan Zaremba woli opowiadać o nawróceniu, niż podzielić się merytoryczną wiedzą o wzmacnianiu najdłuższego odcinka przewodu pokarmowego kręgowców. A tak ładnie książka wydana, phi…
plakat promujący


#7 T. O'Neill "Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood"

Jestem jedną z tych osób, które na pewnym etapie życia mocno interesowały się sprawą Tate-LaBianca, Charlesem Mansonem, Rodziną i wszystkim, co miało związek ze zbrodniami sekty stworzonej przez zakochanego w sobie, chorego pokurcza o złym spojrzeniu (Mansona, znaczy się). Jako osoba, którą dość trudno byłoby zwerbować do sekty (bardzo jestem odporna na wszelkie bombardowania "miłością, troską, życzliwością" itp.; od razu zapala mi się czerwone światełko), zastanawia mnie jak to się dzieje, że tak wielu ludzi jest zewnątrzsterownych, podatnych na sugestie. Mogę próbować to zrozumieć, o ile mowa o osobach z lichym bagażem emocjonalnym, już od dzieciństwa pozbawionych pewnych fundamentalnych zasad i wartości wpojonych przez mądrze kochających rodziców. Ale gdy trafiają do sekty ludzie dorośli, wykształceni, oczytani, pochodzący z dobrych domów i tworzący szczęśliwe związki, mogący pochwalić się sukcesami na polu zawodowym i prywatnym, to kompletnie nie potrafię zrozumieć słabości ich charakterów. Bo dla mnie to słabość charakteru, gdy ktoś pozwala sobą manipulować, doprowadzając do sytuacji skrajnych, jak w przypadku sekty Mansona. Ale do meritum.
Otóż z książką T. O'Neilla wiązałam nadzieje o tyle, że jest to efekt ponad trzydziestoletniej, tytanicznej wręcz pracy dziennikarsko-śledczej. Coś, co miało być artykułem opublikowanym w prasie na kolejną rocznicę mordu Sharon Tate i jej przyjaciół, przerodziło się w 640-stronicowe tomiszcze. I właśnie objętość lektury jest, o ironio!, jej najsłabszym punktem. Z zapartym tchem i niezwykle sprawnie doczytałam ok. 3/4 objętości książki, by nagle utknąć. Mnogość wątków i gros dygresji sprawiły, że kompletnie zapomniałam o czym ja, do diaska, czytam! Tak, wiem, cała ta książka miała za zadanie pokazać, jakie to wszystko było skomplikowane, jakie Charles Manson miał (lub mógł mieć) powiązania ze śmietanką Hollywood, najwyższymi urzędnikami państwowymi, agentami Centralnej Agencji Wywiadowczej i diabli wiedzą z kim jeszcze. Ja to wszystko rozumiem, ale... Mnogość teorii spiskowych, wyszukiwanie związków i znajomości typu "gdy młody Charlie przemierzał ulice Kalifornii, minął się na chodniku z XYZ, a XYZ miał kuzyna - dziesiąta woda po kisielu, który obejrzał jeden z filmów z Sharon Tate, a prócz tego pradziadek sąsiada tegoż kuzyna pochodził z Polski, zupełnie jak Frykowski i Polański, a więc wspomniany XYZ na pewno coś o zbrodniczych zamiarach Rodziny wiedział...!" - to przesada, szukanie sensacji na siłę i odbiegnięcie od tematu tak duże, że zniechęca do czytania. I to mnie właśnie zniechęciło, choć książkę do końca przeczytałam. Głupio byłoby zostawić tę historię niedokończoną, gdy już tyle lektury za mną. Ale ostatnich kilkaset stron wykończyło mnie niebywale.
Książka Toma O’Neilla to z pewnością pozycja ciekawa, nie mogę zaprzeczyć, że autor wykonał kawał świetnej roboty i za to należy mu się ogromny szacunek. Ale, w pewnym momencie, pozwolił on sprawom wymknąć się spod kontroli i to, co było intrygujące, zaczęło nużyć. Szkoda. Książkę tę oceniam zatem tak na +/-.

 

To koniec mojego rankingu, jeśli dobrnęliście do końca należą się Wam brawa za wytrwałość :) Nie mniejszą wykazałam się ja, czytając wyżej wspomniane książki :D
Jeśli zachęciłam Was do poznania którejś z nich, mimo wszystko, cieszę się. Ja też mam czasem zapędy by sięgnąć po coś, co przez innych jest odradzane. Ot, taka przekora. Miłego dnia!

Notka o autorze

Antonina Szymitowska

antonina szymitowskaSkandynawskie mroczne kryminały to Antoniny zdecydowany #1, ale chętnie sięga również po inne powieści kryminalne oraz literaturę iberoamerykańską, niekoniecznie przepełnioną grozą i zbrodnią.
Lubi czytać po angielsku i hiszpańsku.
Lubi też wschodnie sztuki walki, skandynawski black metal, castellano rioplatense, upalne lato, spaghetti…
Nie lubi, gdy jej imię zdrabnia się Tosia lub Antosia. Od 2004 roku nie je zwierząt, ale nikogo do wegetarianizmu nie namawia.
To właśnie spod jej klawiatury wychodzi zdecydowana większość tekstów, które czytacie na naszej stronie.