mentalista

Nazwisko Camilli Läckberg to światowa marka. Pod względem popularności wśród kobiecych pisarek kryminałów, jest jedną z tych topowych, i to od lat. Henrik Fexeus również jest pisarzem, ale głównie ekspertem od mowy ciała i komunikacji niewerbalnej, gwiazdą telewizji. „Mentalista” z kolei to tytuł ich wspólnie napisanego kryminału, po który sięgnęłam zachęcona tytułem właśnie – skojarzył mi się z bardzo dobrym amerykańskim serialem, z doskonałym Simonem Bakerem w roli głównej.

Powieść Läckberg i Fexeusa liczy niemal 700 stron, budząc nadzieję na solidną dawkę porządnej fabuły. W końcu to historia o mentaliście – człowieku „czytającym w myślach”, profesjonalnym manipulatorze i specjaliście od stwarzania pozorów. Czyż samo to nie brzmi mocno kryminalnie? Henrika Fexeusa pole do popisu, jego działka. Ale gdy współautorką książki jest Läckberg, to musi być trup. I zagadka. A skoro jest to kryminał o potężnej objętości, to powinno być kilka trupów i kilka zagadek. I one w „Mentaliście” są, ale… No właśnie, moje „czytelnicze ja” przez cały czas przygody z twórczością szwedzkiego duetu czuło w środku pulsujące, duże „ale”…

 

Nie polubiłam głównych bohaterów. Mina Dabiri, młoda policjantka, to maniaczka czystości, która powinna udać się na porządną psychoterapię. Ciągłe dezynfekowanie dłoni, używanie jednorazowych rękawiczek przy dotykaniu klawiatury własnego komputera, zmiana tychże po przypadkowym dotknięciu swojego czoła (?!), bo już nie będzie można nimi dotknąć niczego innego, wyrzucanie bielizny po jej jednorazowym użyciu zamiast wyprania, a do tego prysznic chwilę po… prysznicu. Stop! O co chodzi? O wykończenie czytelnika? Dawno nie czułam takiej niechęci do literackiego bohatera. Ale autorom najwyraźniej nie wystarczy jedna męcząca postać. Tytułowy mentalista, Vincent Walder, to, zawodowo, opanowany profesjonalista, prywatnie jednak ofiara nerwicy natręctw, maniak liczb i przeliczania ich na elementy codziennego życia, przy czym wszystko powinno być parzyste, by zachować równowagę świata. Jak Mina –  idealny pacjent psychoterapeutyczny, który z możliwości otrzymania pomocy nie korzysta. I znów chciałoby się zapytać autorów, czy tak bardzo nie lubią swoich czytelników, by ich wykończyć…
Rozumiem ideę stworzenia takich, a nie innych, cech charakterów danych postaci – im dalej w książkę, tym jest to bardziej dla czytelnika zrozumiałe. Ale podkreślane do przesady, męczące zmagania Minyi Vincenta z sobą samymi, zaczęły mi się udzielać. Pozostali bohaterowie równie skutecznie podnoszą ciśnienie. Żona Vincenta, Maria, to zakompleksiona, zazdrosna kobieta, która wszędzie (dosłownie wszędzie) dopatruje się zdrady męża. Patologicznie wręcz. Mężczyzna nie może przebywać samotnie we własnym gabinecie, nie będąc podejrzewanym o to, że właśnie wykonuje sekstelefon. Praca? Vincent na pewno nie pracuje, on wychodzi z domu, by zdradzać żonę. I taki motyw jest cały czas – każdy dialog tej dwójki to ataki chorobliwie zazdrosnej  Marii i, niezrozumiałe dla mnie, zbywanie ich przez Vincenta. Tak, Maria to następna osoba, która potrzebuje pilnej pomocy specjalisty. Bohaterowie drugoplanowi również są męczący. Choćby Ruben – policjant, którego każde spojrzenie kierowane w stronę kobiety jest analizą jej wyglądu, próbą odgadnięcia tego, jaką bieliznę nosi, a po pozytywnym „zaopiniowaniu” – chęcią zaciągnięcia jej do łóżka. I tak jest cały czas, również w czasie pracy (a może i głównie wtedy). Te wątki zbyt często wychodzą na pierwszy plan, by można je zbyć machnięciem ręki.

Krótko o fabule: w samym sercu Sztokholmu dochodzi do kilku morderstw, których forma każe przypuszczać, że mamy do czynienia z seryjnym zabójcą. Dość dziwnym, ponieważ wplata w zbrodnie skojarzenia ze sztuczkami magicznymi, iluzją. Nie nastawiajcie się jednak na wielkie emocje – w pewnym momencie wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca kolejnym dezynfekcjom ciała (Mina), przeliczeniom liczby ciastek na talerzyku na powodzenie w życiu (Vincent), wrzaskom i pretensjom (Maria). A zbrodnie? Być może za dużo kryminałów przeczytałam, by cokolwiek mnie zaskoczyło. Pierwsza ofiara: młoda kobieta, samotna matka. Porwana w centrum miasta i zadźgana mieczami w skrzyni magika. Stary numer – asystentka magika wchodzi na skrzyni, ten przebija ją mieczami na wylot, nie raniąc schowanej w środku kobiety. Już kiedyś pisałam w jednej z recenzji, że lubię gdy jest krwiście, mrocznie, brutalnie i tak, że makabra dech zapiera. Gusta mi się nie zmieniły. W „Mentaliście” tego nie było przy żadnym z popełnionych zabójstw. Czy ja nie mam w sobie za grosz empatii czy opisy morderstw były… nudnawe? A może górę wzięło zniechęcenie spowodowane irytującymi bohaterami? Nie mam pewności. Pomysł na fabułę świetny, ale coś poszło nie tak. Chęć autorów do wciśnięcia wielu wątków (także obyczajowych), przez którą objętość powieści znacznie się zwiększyła, zadziałała na niekorzyść. Podobnie jak fabularne przenosiny w czasie, niezdarnie ukrywające przed czytelnikiem zagadkę teraźniejszości. Z drugiej strony, nie brakowało momentów, gdy autorzy przemilczali pewne istotne informacje, by ujawnić je znienacka, nie dając czytającemu choćby cienia szansy na samodzielną dedukcję. To denerwujące zagranie w stylu: autorzy rzucają samym sobie koło ratunkowe – z czymś się zakręcili i, by jakoś wybrnąć, wyciągają królika z kapelusza. I voilà!

Wiecie już, że nie porwała mnie lektura. Po pierwszych sześćdziesięciu stronach chciałam całkiem zrezygnować, ale uparłam się jeszcze trochę się przemęczyć. Upór to moje drugie imię, mam nadzieję, że nie jest dla innych tak irytujący jak natręctwa bohaterów „Mentalisty” ;-)

Nie jest moim zamiarem odwiedzenie kogokolwiek od czytania powieści duetu Läckberg – Fexeus. Czytajcie, wyróbcie sobie zdanie. Ostrzegam tylko, że jest to spore wyzwanie, i wcale nie mam na myśli objętości tej książki. Jest niespójna, momentami nudna, zaskakuje niekompetencją autorów – twierdzenie, że zapach migdałów towarzyszy zatruciu arszenikiem to nieporozumienie. Każdy, kto czytuje kryminały i interesuje się tematyką, wie, że w taki, między innymi, sposób objawia się zatrucie cyjankiem. Zaskakująco lakonicznie wspomniano o konieczności wyłonienia stomii u osoby po silnym ciosie w tył głowy. Zabrakło uściślenia, dla czytelników którzy nie wiedzą czym wspomniana stomia jest, że cios spowodował prawdopodobnie poważny uraz centralnego układu nerwowego, przez co ofiara napaści utraciła kontrolę nad pracą zwieracza, lub że zastosowana została stomia odżywcza. Niedomówienie tym dziwniejsze, skoro inne kwestie wałkowane są w nieskończoność.

Dziwny był to czas, który spędziłam na lekturze. Nie tak stracony, jak przy ubiegłorocznym poznawaniu twórczości Pauliny Świst („Paprocany”, coś strasznego), ale dopóki autorzy wciąż wysuwać będą na pierwszy plan postaci o zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych, po tom kolejny nie sięgnę. Za to bardzo podobają mi się zdjęcia autorów, z sesji promującej powieść  ;-)


„Mentalista” Camilla Läckberg, Henrik Fexeus

Notka o autorze

Antonina Szymitowska

antonina szymitowskaSkandynawskie mroczne kryminały to Antoniny zdecydowany #1, ale chętnie sięga również po inne powieści kryminalne oraz literaturę iberoamerykańską, niekoniecznie przepełnioną grozą i zbrodnią.
Lubi czytać po angielsku i hiszpańsku.
Lubi też wschodnie sztuki walki, skandynawski black metal, castellano rioplatense, upalne lato, spaghetti…
Nie lubi, gdy jej imię zdrabnia się Tosia lub Antosia. Od 2004 roku nie je zwierząt, ale nikogo do wegetarianizmu nie namawia.
To właśnie spod jej klawiatury wychodzi zdecydowana większość tekstów, które czytacie na naszej stronie.