bibliotekarki

Na Teresę Monikę Rudzką natknęłam się przypadkiem, na jednym z for internetowych. Napisała tam komentarz, który wręcz krzyczał, że pani jest pisarką. Wiecie – takie „ochy, achy”. Zagłębiłam się więc w czeluści Internetu i okazało się, że wspomniana pani faktycznie pisze książki, a jedna z nich zatytułowana jest „Bibliotekarki”. Cóż, ciekawość zwyciężyła, tytuł przyciągnął – wiadomo dlaczego ;)

Książka ta to trochę pamiętnik głównej bohaterki, nowo zatrudnionej w bibliotece Żywii Radzińskiej; trochę historie innych pracowników – bibliotekarek z wieloletnim stażem, sprzątaczek, stażystek, dyrektora i wicedyrektorki. Dziwnie są spisane te historie, trochę nienaturalnie – jakby zeznania.

Mam wrażenie, że autorka miała jakieś nieprzyjemne doświadczenie biblioteczne, i pisała „na gorąco”. Dlaczego? Bo każdy z pracowników to głównie zestaw wad, przejaskrawionych do bólu. Niesłowny dyrektor, chowający się pod biurkiem, ponad rok rozpatrujący podanie o pracę; jego despotyczna zastępczyni, z wiecznie zawziętą miną, dla której człowiek jest na najniższym szczeblu drabiny o nazwie „szacunek”, wykorzystująca do celów osobistych sekretarkę. Brzmi nieciekawie, prawda? A to tylko mały obraz dyrekcji, prawdziwe zło czai się w filiach…

 

Jakie są bibliotekarki („Bibliotekarki”) Teresy Moniki Rudzkiej? Małostkowe i zawistne, palące papierosy i popijające alkohol po kątach, romansujące z czytelnikami o nienajlepszej reputacji. Kierowniczki filii, wymykają się w czasie pracy na potajemne spotkania z kochankiem, a to w hotelu, a to w samochodzie w lesie. Spóźnialskie stażystki, obrażalskie, gapiowate, leniwe. Bibliotekarki, które nie czytają,  które szydzą z wyborów czytelników w tym samym momencie, gdy podają im książkę. Chodzą w pracy w starych kapciach, z tłustymi włosami, uśmiechają się szeroko zepsutymi zębami. Złośliwe baby, które nie tworzą zgranej drużyny, plotkary, krytykantki (imię Żywii komentowane jest na bieżąco, za każdym razem tak, jakby ona sama sobie je nadała).  A do tego wszystkiego zawsze, zawsze w toalecie brudny ręcznik do rąk, ohydny,  brudniejszy niż szmata do podłogi…

I jak tu nie myśleć, że Teresa Monika Rudzka ma bardzo złe doświadczenia związane z bibliotekami? Książka jest zła. Jest bardzo zła. Co z tego, że czyta się ją błyskawicznie, skoro nie daje żadnej przyjemności z czytania? Bo jak czerpać przyjemność z czegoś, o czym wspomniałam (w dużym skrócie) powyżej, a co rozpisane jest na niemal trzystu stronach? I muszę to powiedzieć – nie chodzi o to, że bohaterkami są bibliotekarki. Niechby była to książka o geodetach, sprzedawczyniach w mięsnym, magazynierach, nauczycielach, artystkach estradowych, prywatnych detektywach czy jakiejkolwiek innej grupie zawodowej. Tak przedstawiona, każda będzie postrzegana jako zbiorowisko najgorszego elementu, od którego najlepiej trzymać się z daleka. Gdybym nie miała styczności z biblioteką, najpierw jako czytelnik, a teraz jako czytelnik i pracownik, po przeczytaniu „Bibliotekarek” nie chciałabym przekraczać progu tej instytucji. A tym bardziej, nie chciałabym zasilać szeregów jej pracowników. Wiadomo, że zawsze będzie ktoś, kto psuje atmosferę, kto pracuje w miejscu, w którym nie powinien pracować. Ktoś, kogo trudno polubić. Ale historia stworzona przez autorkę jest tak niesamowicie przerysowana, niesmaczna…

Nie czytajcie tego. Tak książka powinna zniknąć z powierzchni ziemi. Strata czasu, który możecie przeznaczyć na lepszą powieść. Dużo ich prezentujemy na tym blogu lub na naszym Instagramie. I nie bójcie się zaglądać do nas, nasi bibliotekarze są fajni, zawsze służą radą czytelniczą i pracują tu, bo zwyczajnie lubią tę robotę. A zresztą, na pewno o tym wiecie ;)

Metryczka książki


Tytuł: Bibliotekarki
Autor: Teresa Monika Rudzka
Wydawnictwo: Skrzat
Rok wydania: 2010
Gatunek: literatura faktu

Notka o autorze

Antonina Szymitowska

antonina szymitowskaSkandynawskie mroczne kryminały to Antoniny zdecydowany #1, ale chętnie sięga również po inne powieści kryminalne oraz literaturę iberoamerykańską, niekoniecznie przepełnioną grozą i zbrodnią.
Lubi czytać po angielsku i hiszpańsku.
Lubi też wschodnie sztuki walki, skandynawski black metal, castellano rioplatense, upalne lato, spaghetti…
Nie lubi, gdy jej imię zdrabnia się Tosia lub Antosia. Od 2004 roku nie je zwierząt, ale nikogo do wegetarianizmu nie namawia.
To właśnie spod jej klawiatury wychodzi zdecydowana większość tekstów, które czytacie na naszej stronie.