young power mat.wyd.znak

 

'Young Power' Justyny Sucheckiej to portrety młodych, przedsiębiorczych ludzi, którzy zdecydowanie wykraczają poza schemat szkoła-dom, dom-szkoła. To, urodzeni po roku 2000, innowatorzy, twórcy, propagatorzy nauki, społecznicy, dla których świat wtłoczony w ramy zwyczajności jest zbyt ciasny. Ich napędza pasja, chęć dzielenia się tym, co umieją, niesienie pomocy innym.


Justyna Suchecka, autorka książki, odpowiedziała na nasze pytania. Zapraszamy do lektury!
Pytała: Monika Badowska


Wywiad z pisarką

justyna suchecka fotografia pisarki

Skąd pomysł na książkę pokazującą siłę i potencjał tkwiący z ludziach urodzonych po 2000 roku?


- Od dekady piszę o edukacji w mediach, ale gdy ktoś pyta mnie, czym się zajmuję, na jednym oddechu dorzucam też, że piszę o sukcesach i problemach młodych ludzi. Bo dla mnie kwestia edukacji to nie tylko nowe rozporządzenia ministra i ich konsekwencje.

Przez te lata sporo pisałam m.in. o olimpijczykach edukacyjnych, młodych wynalazcach, idolach młodzieży. Rafał Czech z Wydawnictwa Znak przyszedł kiedyś do mnie z propozycją, by napisać o polskich nastoletnich geniuszach. Gdy zaczęliśmy o tym rozmawiać, wyszło nam jednak, że ja wcale nie chcę pisać tylko talentach naukowych. I najfajniej byłoby pokazać, że można robić różne rzeczy, by czuć się spełnionym i mieć powody do dumy. Nie trzeba mieć piąte od dołu do góry, nie trzeba w ogóle startować w konkursach czy z kimś rywalizować. A z robieniem fajnych rzeczy nie trzeba czekać aż się dorośnie.

Chciałam opisać historie osób, które w momencie, gdy książka się ukaże, nadal będą nastolatkami. Dlatego moi najstarsi bohaterowie urodzili się w 2001 roku i właśnie szykują się do matury, choć nie wiadomo, kiedy dokładnie ta się odbędzie.
Dopiero w trakcie pracy nad książką zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wszyscy moi bohaterowie i bohaterki urodzili się w XXI wieku. Niektórzy są ponad trzy razy młodsi ode mnie! A ja lubię myśleć, że jestem młoda.

W jaki sposób docierała Pani do swoich bohaterów?

- O części już wcześniej pisałam: poznawałam ich przy okazji konkursów, działań w internecie, opowiadali mi o nich nauczyciele. Sporo szperałam w mediach społecznościowych, pytałam znajomych, o kim chcieliby usłyszeć. Dużym wsparciem był dla mnie Krajowy Fundusz na Rzecz Dzieci, który skupia wiele młodych talentów z różnych dziedzin.

Potem już samo nawiązanie kontaktu było zwykle proste – media społecznościowe to jednak potęga. Czasem, w przypadku tych najmłodszych bohaterów i bohaterek, najpierw odzywałam się do rodziców. Niekiedy musiałam przebić się przez sztab menadżerów. Ale generalnie każdy komu opowiedziałam o tym projekcie, zgadzał się być jego częścią. To było super uczucie, bo miałam poczucie, że oni wierzą, iż razem możemy zrobić coś fajnego.

Kto zaskoczył Panią najbardziej? A kto najbardziej wzruszył?

- Każda kolejna rozmowa była zaskoczeniem. Nie mówię tak, bo to ładnie brzmi, tylko dlatego, że niemal po każdym wywiadzie myślałam: „wow, chciałabym taka być”. I to ciągle mi towarzyszyło.

Zaskoczyło mnie więc wiele rzeczy np. że Viki Gabor mimo ogromnego sukcesu komercyjnego wciąż jest zwykłą uczennicą i rozmawia się z nią jak z małą dziewczynką, w najlepszym tych słów znaczeniu. Że Oskar potrafi opowiadać o sprawach naukowych z taką lekkością, że Jarek prowadzi fascynujące obserwacje przyrodnicze w wielkim mieście, że Zuza uczy się łaciny i każdego byłaby w stanie zachęcić do tego samego.

Ale uczciwie muszę przyznać, że najbardziej wzruszył mnie Janek, który fantastycznie potrafi wytłumaczyć co to znaczy żyć w spektrum autyzmu i wyjaśnić, jakie znaczenie ma różnorodność. Janek nie lubi hałasu, nie przepada za dotykaniem, kiedy więc na dworcu w Łodzi mnie przytulił i powiedział, że wierzy, iż będę mówić dobre słowa o autyzmie, miałam łzy w oczach. To jedno z bardziej wzruszających doświadczeń nie tylko w pracy nad tą książką, ale mojej pracy dziennikarskiej w ogóle.

O kim pomyślała Pani sobie - chciałabym taka być lub chciałabym, aby ktoś mi bliski taki był?


- Każdy z bohaterów i bohaterek ma jakąś cechę, którą chętnie bym od nich przejęła. Oni mogą wiele nauczyć przeciętnego dorosłego.

Blisko mi do Zuzy, która ma dziennikarskie zacięcie i czuję, że kiedyś jeszcze spotkamy się w jednej redakcji. I do Asolki, która tak jak ja pochodzi z małej miejscowości, a nie przeszkadza jej to w spełnianiu marzeń. Trochę jestem Mają, która jako nastolatka też ciągle miała jakąś książkę do czytania pod ręką i potrzebowała o tym opowiadać każdej napotkanej osobie.

Chciałabym, żeby młodzi ludzi, którzy będą czytali tę książkę, też znajdowali takie rzeczy łączące ich. Ale też żeby mieli ciągle te myśl: też robię fajne rzeczy, bo jestem sobą.

Czy polska szkoła pomaga czy przeszkadza Pani bohaterom?

- W większości przypadków powiedziałabym, że pomagała. Ba, o niektórych bohaterach dowiedziałam się od ich dumnych nauczycieli. Niektóre projekty jak np. „Słowa krzywdzą” młodzieży z Pielgrzymowic, czyli społeczna kampania przeciw hejtowi, narodziły się w szkole.

Młodzi naukowcy często opowiadali mi o wspaniałych nauczycielach, których spotkali.

Ale nie ma co kryć, słyszałam też o tym, że ich pasje nie były traktowane w szkole poważnie. Albo że mówiono im: „jak będziesz się zajmować tymi głupotami, to zawalisz maturę”. Ale to drugie to raczej incydenty niż codzienność.

W jaki sposób pani rozmówcy postrzegają zmiany jakie zachodzą dzięki nim w ich otoczeniu?

- Myślę, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, jak wielki wpływ mogą mieć na innych. Że są inspirujący, niezwykli. Oni po prostu chcą robić swoje.

Z drugiej strony myślę, że są bardzo świadomi tego jak działa świat. W książce nie do końca to widać, bo chciałam, żeby tematy, o których mówią, były różnorodne, ale właściwie w każdym wywiadzie pojawiał się wątek zmian klimatu. Dzisiejsze nastolatki są w tej kwestii dużo bardziej świadome niż wielu dorosłych i myślę też, że mają dzięki temu moc zmieniania świata. Oni nie mówią, że przyroda jest dla nich ważna. Oni stawiają na czyny – chodzą na manifestacje, oszczędzają wodę, są świadomymi konsumentami. Dzięki rozmowom z nimi wierzę, że jeszcze jesteśmy w stanie zatrzymać dewastację planety.

W książce nie ma dorosłych osób - nie wypowiadają się na temat młodych, nie potwierdzają w żaden sposób ich niezwykłości. Czemu miał służyć taki zabieg?

- Dzieci to ludzie. Nie potrzebują dorosłych, by mówili w ich imieniu, by coś potwierdzali. Oni sami mają wystarczająco silny głos. My, dorośli powinniśmy być tylko megafonem, który ten głos wzmocni. Miałam nadzieję, że taką właśnie rolę spełni ta książka.

Z ilu historii musiała Pani zrezygnować ze względów na ograniczoną liczbę stron książki?

- Od początku mówiłam redaktorom, że chcę opisać około 30 historii. Ale prawda jest taka, że w czasie pracy usłyszałam o tylu bohaterach… starczyłoby na całą encyklopedię! Naprawdę! Młodzież mamy w Polsce wspaniałą, na przekór całemu temu narzekaniu pokoleniowemu.

Czy rozmowy z młodymi naukowcami, aktywistami, artystami wpłynęły w jakiś sposób na to jak Pani kieruje swoim życiem?

- Dzięki nim stałam się odważniejsza. Bo skoro 10-latka może zmieniać świat, ratując orangutany, to czemu ja tak mało wierzę w swoją siłę sprawczą? Przecież jestem dziennikarką w jednym z największych mediów w Polsce.

Nauczyłam się też na pewno bardziej cieszyć z małych rzeczy. Przebywanie, rozmawianie z nimi, przypomniało mi tę banalną przecież prawdę: w każdym z nas kryje się dziecko i grunt to go nie zatracić. Teraz staram się je bardziej pielęgnować.

Planuje Pani odwiedzić swoich bohaterów za 5 lat i sprawdzić jak w 2025 wygląda ich życie?

- Marzę o tym, odkąd oddałam książkę do druku. Ostatnio sporo też myślę, by „wrócić” do nich wcześniej. Pandemia, z którym wszystkim przyszło nam się zmierzyć, również ich życia wywróciła do góry nogami. Mam takie przeczucie, że przy tej okazji znów czegoś moglibyśmy się od nich nauczyć. Tu i teraz.

Wywiad przeprowadziła

Monika Badowska

monika badowskaAutorka istniejącego od 2006 roku bloga prowincjonalnanauczycielka.pl, z którego dowiedzieć się można o czytaniu, książkach, pisaniu, o tym, co warto i z kim poczytać oraz o zwierzakach, bez których dom staje się nudny.
Pasję związaną z czytaniem i poznawaniem literatury połączyła z życiem zawodowym.
Czyta dużo i eklektycznie. To czy książka jest papierowa, czytana przez lektora, czy stanowi – jak pisał Stanisław Lem – kryształki z utrwaloną treścią, nie wpływa na przyjemność jaką odczuwa podczas obcowania ze słowem.
Różnorodnie aktywna sportowo. Prowadzi dom tymczasowy dla malamutów i kociąt. Ceni życie w każdym z jego przejawów; jest weganką.